Zgrzyty, kłótnie i docinki w blogosferze istniały na długo przed tym zanim wiedziałem, że coś takiego jak blogosfera istnieje. I będą istnieć nadal. Banał. Ostatnio jednak, jakoś tak subiektywnie, dostrzegam tego więcej wokół siebie – na blogach, które czytam. Nie chcę się wdawać w te spory. Gdybym miał w nich coś do powiedzenia to bym wyraził to w komentarzach. W tym wpisie chciałbym podejść do sprawy bardziej ogólnie i uniwersalnie.
Utkwił mi w pamięci fragment artykułu Magdaleny Łęckiej, w którym pisze o swoich obserwacjach ze studiów w Niemczech:
Studenci z Europy Środkowo-Wschodniej na ogół lepiej znali niemiecki niż ich koledzy z Europy Zachodniej, ale byli zablokowani. Nie mieli dystansu koniecznego do prowadzenia debat na niewygodne dla siebie tematy. Nagle okazało się, że szkoły napakowały nam do głów mnóstwo martwej wiedzy, której nie potrafiliśmy zastosować w praktyce.
Z kolei niemieckie szkoły nauczyły naszych kolegów krytyki, również siebie, polemiki, przedstawiania różnych punktów widzenia. Trzeba było czasu, by zrozumieć, że ich bezpośredniość to wcale nie atak. W ich brutalnych, wydawałoby się, pytaniach – czasami rzeczywiście szli „jak ruski czołg” – kryła się po prostu niewiedza oraz niezaspokojona ciekawość. To ignorancja powodowała spłycenie tematu, generalizowanie, wcale nie zła wola.
(…) Ponieważ nasze szkoły nie uczą debat, więc nie hartują uczniów psychicznie. W spotkaniu z sąsiadami brak nam pancerza uodporniającego na krytykę, którą postrzegamy jako przejaw nielojalności, a nawet wrogości.
Otóż to! Każdą krytykę przyjmujemy tak strasznie do siebie, że wydaje się nam, iż ktoś robi to specjalnie nam na złość. Po co Kaczyński komentował swoją karykaturę w jakiejś podrzędnej niemieckiej gazetce? Dlaczego jak opozycja krytykuje rząd to od razu łże złośliwie? Było tak za czasów obecnego sejmu i reszty poprzednich. Nie umiemy przyjmować krytyki. Zupełnie. A przez to nie potrafimy dyskutować.
Inna strona medalu. Wielokrotnie spotykałem się u moich znajomych (nie wiem dlaczego, ale zauważyłem to tylko u kobiet) z takim zjawiskiem – skarży mi się koleżanka, że np. pani w pracy na nią „nakrzyczała”. Gdy drążę sprawę, dowiaduje się więcej szczegółów, okazuje się, że… pani w pracy nie krzyczała tylko wydała słuszne polecenia zdecydowanym głosem. Mam też takich znajomych (obojga płci), z którymi jak się porozmawia o ich życiu to okazuje się, że tu im ktoś na złość zrobił, tam ktoś spiskował przeciwko nim, itd. itp. Część tych sytuacji znam osobiście i wiem, że taka interpretacja to zdecydowane semantyczne nadużycie. Ale oni tak to widzą! Nie dziwi mnie zatem, że tak bardzo cenią sobie duże firmy umiejętność pracy w zespole. Samymi kwalifikacjami i inteligencją nic nie zdziałasz.
Okazuje sie też, że rośnie nam pokolenie ironii i sarkazmu. Trzeba więc błyskawicznie wyewoluować w sobie grubą skórę, pewność siebie jednocześnie z dystansem do swej osoby i rzucić w wir językowo-psychologicznych wojen.
Wracając do początku, a więc do blogowania – brak nam świadomości że blogi są szalenie subiektywnym medium i że jak ktoś coś ostro napisze to nie oznacza to od razu, że robi zamach na drugą osobę, jej poczynania czy projekty. Przypominam co napisała kiedyś Marta Klimowicz w komentarzu o jej wizji blogowania:
nie interesują mnie “obiektywne” recenzje książek czy filmów. lubię ludzi, którzy mają własny gust i nie wstydzą się go, ani nie usiłują udawać, że ich gust jest jedynym słusznym. każdy ma swoją rację, niektóre mnie przekonują, inne nie, ale żadna z nich nie jest prawdą ostateczną.(…) na blogach szukam ciekawych i wyrazistych głosów.
Oby więcej wśród nas tak dojrzałego podejścia do subiektywnych opinii a więc i do blogów. Amen.
Łżąca opozycja i złośliwa pani w pracy to przykłady podstawowego błędu atrybucji – tzn przypisywania wewnętrznych motywacji czynnościom wywołanym sytuacją. (czy atrybucja zasługuje na tytuł słowa dnia?).
Na blogach wchodzi w grę coś innego, co kiedyś próbowałem bez powodzenia zbadać.
Po pierwsze część z nas ulega zjawisku anonimizacji opisywanemu przez Zimbardo (czyli pisząc czujemy się bezpiecznie schowani jak bojownicy z Ku Klux Klanu w kapturach, albo schowani za okularami i mundurem amerykańscy policjanci).
Po drugie komunikacja przez komputer w ogóle wydaje się wychylać niektóre z cech osobowościowych ku ekstremom. Wychylają się m.in. poczucie pewności siebie, agresja, ekstrawertyzm – introwertyzm.
Po trzecie komunikacja tekstowa przez komputer jest wyjątkowo osobista (czujemy się jak w relacji twarzą w twarz z autorem bloga), ale też wyjątkowo ograniczona (nie widzimy jego miny, gestów, nie słyszymy głosu).
W rezultacie reagujemy emocjonalnie jak w rozmowie we dwoje, ale mamy bardzo zafałszowany obraz tego co chce przekazać interlokutor (tzn ten drugi rozmówca).
Nie mamy podstaw do właściwej reakcji, wiec sobie domyślamy własne emocje – wychylone ku ekstremom, na podstawie ostrzejszej niż w zwykłej konwersacji wypowiedzi zanonimizowanego autora.
Nic dziwnego, że taka sytuacja często kończy się prywatną wojną :)
Rozumiem o co chodzi w błędzie atrybucji, ale „przypisywania wewnętrznych motywacji czynnościom wywołanym sytuacją”… Nie wiem czy to więcej wyjaśnia, czy więcej zaciemnia. A sam nie czuję się na siłach aby lepiej pojęcie wyjaśnić ;)
Pisząc o zgrzytach na blogach miałem na myśli raczej blogi, których autorzy podpisują się imieniem i nazwiskiem (tak jak ty czy ja). Tu nie ma mowy przesadzie związanej z poczuciem anonimowości.
A błędy w komunikacji były od zawsze, podczas rozmowy też następują, nawet gdy dwie osoby dobrze się znają (mąż i żona ;) Dawno przestano wierzyć, że autor komunikatu daje odbiorcy „paczkę”, którą on sobie odpakowuje i dostaje na talerzu wszystko co „autor miał na myśli”. Autor komunikatu to czytelnik i odbiorca komunikatu to czytelnik, stąd zawsze będą jakieś nieporozumienia.
Myślę, ze wyrażanie emocji w internecie najlepiej przedstawia ten obrazek: http://us.st11.yimg.com/us.st.yimg.com/I/yhst-34640480252896_1963_117522 :)
Z jednej strony zgaddzam się z tym, że krytyka jest Polakom potrzebna. Po 2,5 roku studiów w Niemczech mogę się podpisać pod opinią pani Łęckiej obiema rękami. Polacy wszystko biorą do siebie, rzadko mówią (bo przecież trzeba wcześniej przeczytać te 100 stron, żeby coś wiedzieć) i nie mogą przebić się w agresywnych debtach niemieckich studentów. Ci ostatni rzeczywiście często nie mają pojęcia o czym mówią (brak wiedzy faktograficznej, zero cyfr w głowie, w końcu nikt się tutaj nie uczy na pamięć, za to wielka kreatywność), ale to ich nie zraża. Musi być twarda konfrontacja i to z profesorem (uff tutaj rzadko zajęcia prowadzą mgry). Inaczej 1,5 h zajęć to będzie czas stracony. Przy czym przestrzegane są zasady debaty publicznej. Niektórzy wygłaszają swoje poglądy czysto prowokacyjnie, to trochę taka gra.
W PL natomiast w każdym trzeba obchodzić się jak z przysłowiowym jajkiem. To polskie obrażalstwo tłumaczę znajomym jako przejaw dumy (tratatata).
Z drugiej strony zdolność polskiej blogsfery do krytyki nie zawsze jest dla mnie przejawem zmiany mentalności. Problem w tym, że jest to często zwyczajnie krytykanctwo (typowe dla bardzo mlodych ludzi)bez grama krytyki pozytywnej, bez przedstawienia alternatyw. Z tego nie można się nauczyć dystansu do siebie.Pozdr
1. co do anonimowości – to pojawiają się na wielu czytanych przeze mnie blogach trolle, ze stałym co prawda nickiem, ale ukrywające swoje ip i niepodające żadnych namiarów na siebie, za to znające się na wszystkim i wszystkich pouczające. szczęśliwie, większość już nie reaguje na tego typu zagrywki.
2. zdarzyło mi się parę razy trafić na blogi, których autorzy pisali chyba głównie po to, by pisać, jak jakiś inny bloger jest beznadziejny oraz tworzyć klikę napadającą na tego beznadziejnego blogera, który często w odpowiedzi robił dokładnie to samo. na szczęście – nikt nas nie zmusza do brania udziału w tego typu rozgrywkach, widocznie niektórym to pomaga na kompleksy.
Ping, ping ;)
Taaak, pisałem o podobnym zjawisku. Poniekąd ten mój wpis pokrywa się częściowo z Twoim.
Chyba uderzyłeś w sedno – jesteśmy poniekąd przewrażliwieni. Cóż, „taki lajf” ;)