Wykopałem właśnie z chaosu zakładek w FF stary (oj stary – 08.2006) wpis z blogu Bartosza Węglarczyka, korespondenta Gazety Wyborczej w USA, pisał on wtedy m.in. tak:
„Antyamerykanizm jest chorobą trawiącą dziś sporą część ludzi mądrych w swoich dziedzinach, choć niekoniecznie w sprawach polityki międzynarodowej. Pisarze, dziennikarze, działacze społeczni – prześcigają się w obrażaniu Ameryki i napiętnowaniu jej czasem za słuszne, ale przeważnie za wymyślone grzechy.„
Po pierwsze trzeba zauważyć jeden fakt: humaniście ciężko jest się wypowiadać na tematy ścisłe (bo szybko zarzucono by mu niekompetencję), ale fizykowi o literaturze np. bardzo łatwo. Ta asymetria jest niezauważana a bardzo szkodzi merytoryczności dyskursu/dyskusji. To jeszcze nie koniec. Moim zdaniem upoważnione jest również twierdzenie, że humanista z jednej dziedziny nie powinien wypowiadać się autorytatywnie o drugiej dziedzinie – nieznanej mu zupełnie, lub znanej tylko ze słyszenia. A ten błąd powtarza się niestety nagminnie. Co z tego że Saramago jest dobrym a może nawet znakomitym pisarzem, ale na polityce międzynarodowej znać się nie musi. I najczęściej też jest tak, że osoby, które wykraczają w swoich komentarzach poza swoją dziedzinę popadają w skrajności. Szacunek w jednej dziedzinie nie może oznaczać bezkrytycznego podejścia do opinii danej osoby w innej, nieznanej jej dziedzinie. Przykro mi – trudno jest teraz być autorytetem.
Drugi fakt: od racjonalnych faktów ważniejsza jest dziś moda, „fajność”, wizerunek, reputacja (jak widać w akapicie wyżej, niekoniecznie w swej dziedzinie), marka. Aby więc zdobyć poparcie, rozgłos dla danej sprawy potrzebna jest odpowiednia osoba. Jednakże taką opinie musi wydać nie byle kto. Najczęściej artystyczna, intelektualna, kulturalna, medialna… bohema. Co obecnie równe jest niemalże od razu lewackości, antyamerykanizmowi i pacyfizmowi. Bo to wszystko jest piękne i szlachetne niby, a Ameryka diabłem wcielonym.
Skąd się takie antyamerykańskie postawy biorą? W tej chwili potrafię to sobie wytłumaczyć tylko zasadą bij mistrza. Ja też nie lubię hegemonów, np. w piłce nożnej obrzydliwie bogatej Chelsea Londyn czy wyniosłego Realu Madryt. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona, a to nie jest doskonałe wyjaśnienie. Trzeba szukać dalej.