iPad wyzwolił sprzeczne opinie. Jest pogardzany i uwielbiany. A tymczasem iPad nie jest tabletem jaki znamy z przeszłości. To nowa jakość. Nowa nisza. Dla nowych ludzi. Apple znów stosuje strategię blue ocean.
iPad i zamieszanie z nim związane będzie zapewne jedną z tych never ending story. Tak jak z iPhone. Uwielbiany lub pogardzany. Z iPadem od samej premiery jest podobnie. Sprzeczne opinie i emocje.
Najważniejszą kwestią związaną z iPadem jest to, dlaczego jest on taki a nie inny. Dlaczego ma system operacyjny bazującym na iPhone OS a nie na Mac OS X? Dlaczego nie wspiera flasha? Dlaczego nie ma multitaskingu? Itd, itp. Odpowiedź jest prosta. iPad nie jest tabletem . Jest zupełnie nowym produktem na rynku. Z tym, co znaliśmy jako tablety ma niewiele wspólnego.
Nie jest tabletem jak urządzenia wcześniej nazywane tabletami, które w większości były komputerami z pełnowymiarowym systemem operacyjnym znanym z desktopowego komputera. iPad jest czymś pomiędzy komputerem (ma w końcu ekran 10 cali jak netbooki i tablety) a smartfonem (a może lepiej nazwać go apphonem, trzecim ekranem) z dużym ukierunkowaniem na Internet. Z tego powodu ma WiFi i… 3G. Tego stare tablety nie miały.
Można więc uczestniczyć w marketingowym buzz’ie na na różne sposoby. Te i tak są dość kreatywne. Mimo tego nadal są to okruszki. Prawdziwie pyszne mięsko czai się gdzieś dalej, tam gdzie wielu kończy swoje relacje o iPhone. Niezastąpiony Read/WriteWeb jest tu głównym źródłem.
Doświadczenie fizyczności
iPhone ze swoim ekranem dotykowym wprowadza nowy paradygmat komunikacji z urządzeniem, przenosi nas na zupełnie nowy poziom interakcji z informacją – pisze Alex Iskold. Standardowy pulpit komputerowy jaki znamy od lat 90′ wymuszał na nas naukę, w pewnym sensie, sztucznych gestów myszy lub klawiaturowych skrótów. Najnowsze dziecko Apple’a umożliwia komunikację z urządzeniem w bardziej intuicyjny, naturalny sposób. Dlaczego? Bo mocniej odwzorowuje znaną nam wszystkim z codziennego życia fizyczność – poprzez ekran dotykowy, np. przewijanie okładek albumów muzycznych, akceptację włączenia urządzenia poprzez przesunięcie suwaka, czy też powiększanie fragmentów zdjęć gestem rozsuwania palców.
Bardzo ciekawe spostrzeżenia, ale mam wobec nich trochę wątpliwości: pokoleniu naszych rodziców będzie tak samo trudno uczyć się tego paradygmatu jak poprzedniego (niezrozumiałej dla mnie przyczyny boją sie oni, że coś popsują). Do tego moje doświadczenie z gładzikiem/touchpadem w laptopie nie nastrajają mnie tak hurraoptymistycznie do wszelkiego rodzaju ekranów dotykowych. Nie jest to zły sposób, ale nie jest pozbawiony wady małej precyzji obsługi. Może jednak interface iPhone’a projektowany tylko do obsługi palcami, a nie precyzyjniejszym wskaźnikiem myszki, jest na prawdę wygodniejszy?
Być może mówienie od razu o nowym paradygmacie jest trochę naciągane ale może po części wyjaśnia mocniej to poczucie fajności iPhone’a, zachwytu użytkowników jego obsługą?
Przyczółek
iPhone może być początkiem rozszerzania strefy wpływów na nowe dla Apple’a obszary:
konkretny, znaczący udział w rynku wyszukiwarek internetowych,
sieci społeczne,
wyszukiwanie informacji
Wejście na rynek iPhone’a z wbudawaną przeglądarką Safari oraz wypuszczenie jej wersji pod Windows nie mogło być przypadkowe. Kiedy telefon stanie się bardzo popularny i powszechny, istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego użytkownicy będą chcieli przesiąść się na Safari również pod Windows, bo ludzie lubią używac wszędzie jednej rzeczy. Mimo, że Safari jako alternatywa dla IE nie ma tylu dodatków co FF. Przy okazji niejako, Safari uśmierciłoby również technologię WAP.
Bardzo multimedialny i internetowy iPhone ma już w sobie właściwie sieć społeczną. W sumie jak każdy telefon komórkowy. To książka telefoniczna! Wyobraźcie sobie jak szybko Apple mógłby to wykorzystać.
O wyszukiwaniu Alex Iskold pisze najbardziej enigmatycznie. Miałoby to polegać na zbieraniu przez Apple’a danych z tego co robią użytkownicy sieci społecznej iPhone’a i na tej podstawie napisania heurystyk przeszukujących sieć. Jak dla mnie to się nie klei do kupy, może ktoś z czytelników mi to wyjaśni? ;) Idźmy dalej.
Zrozumieć blue ocean można tylko poprzez definicję red ocean, zwanego trafniej red ocean of blood. (…) Przestrzeń czerwonego oceanu to te wszystkie rynki, które już są odkryte i zagospodarowane. Panuje na nich walka o każdy procent udziału w rynku, (…) to świat bezlitosnej konkurencji. (…) Swój sukces świętują teorie poprawiające wydajność pracowników i efektywność produkcji. Lecz wraz z upływem czasu i nieuchronnym starzeniem się rynków poprawianie efektywności staje się coraz droższe i trudniejsze, dodatkowo, konkurencja robi dokładnie to samo co my i w efekcie cała czołówka branży, pomimo znacznych nakładów na optymalizację procesów, wydatków marketingowych i rozwojowych stoi w miejscu.
Natomiast blue ocean to przeciwieństwo oceanu krwi, to miejsce w którym konkurenci stają się nieistotni. (…) Przestrzeń błękitnego oceanu to rynki, które jeszcze nie są odkryte. (…) Tutaj nie ma tu miejsca na rywalizację, to my ustalamy zasady gry.
Dlatego dla mnie wszystkie dyskusje na temat tego czy iPhone ma taką czy inną funkcję, czy też, że ekrany dotykowe były wcześniej – raczej nie ma znaczenia. Apple doprowadził do sytuacji w którym rynek telefonów komórkowych w oczach konsumentów dzieli się na iPhone i resztę aparatów.
Na tym polega sukces Apple. Steve Jobs tworzy po prostu nowe rynki, kreuje je. To pozwala mu zignorować konkurencję, zarówno w odniesieniu do głównych cech produktu jak i ceny.
Ciekawi mnie jakie są inne przykłady blue ocean, bo o Apple łatwo się mówi (im ostatnio wszystko udaje się w tej strategii zrealizować), to specyficzny przykład, chyba aż zbyt wzorcowy i znany. Pomimo tego, teoria ta bardzo dobrze wyjaśnia sytuację w której wielu zaawansowanych użytkowników komórek wytyka iPhone’owi pewne braki w wyposażeniu, ale reszcie konsumentów to nie przeszkadza, w końcu to iPhone!