iZbieractwo

czytam i zbieram sobie


Aktywna cenzura

Gdy zbliżała się w Polsce kinowa premiera Transformersów, Wojciech Orliński popełnił ciekawy artykuł, o tym dlaczego głupie filmy Michaela Baya (Bad Boys, Twierdza, Armageddon, Pearl Harbor) są mimo wszystko takie fajne. Mnie zaciekawił jeden wątek – współpraca Hollywood z Pentagonem, a właściwie forma aktywnej cenzury jaką podczas tej współpracy się stosuje.

W Pentagonie działa biuro oficera łącznikowego odpowiedzialnego za kontakty z Hollywood, na czele którego od 18 lat stoi Phil Strub. Wystarczy wpisać to nazwisko do internetowej bazy danych o filmach, by odnaleźć je przy różnych tytułach – zwykle wojennych, ale także przy filmach akcji, jak choćby seria o agencie 007. Rolą Struba jest czytanie scenariuszy i opiniowanie, czy film pokazuje armię USA w dobrym świetle. Jeśli pokazuje – armia chętnie udostępnia swoje bazy, swój prawdziwy sprzęt oraz tłum zdyscyplinowanych statystów. (…) To bardzo pomaga ograniczać koszty.

Zdaję sobie z tego sprawę, bo znam historię Coppoli kręcącego „Czas apokalipsy” bez zgody Pentagonu. Coppola chciał zrobić film maksymalnie realistyczny, nie wchodziły więc w grę imitacje sprzętu wojskowego, zwłaszcza helikopterów AH-64 Apache. Ale skąd je wziąć, skoro to sprzęt używany wyłącznie przez armię? Kręcenie w USA nie wchodziło w grę, Coppola planował więc wypożyczenie sprzętu w Australii. Amerykański Departament Stanu użył jednak swoich zakulisowych wpływów i z Australii reżysera też wyproszono. Skończył, jak wiadomo, na Filipinach, co przyczyniło się do katastrofalnego przekroczenia budżetu i wszystkich terminów, a reżyser i grający główną rolę Martin Sheen wylądowali w szpitalu z wycieńczenia.

Jak to ujął dosadnie Ridley Scott, bez współpracy Pentagonu jego „Helikopter w ogniu” mógłby wprawdzie powstać, ale jako „Awionetka w ogniu”.

Nie podchodzę do życia na tyle cynicznie, by wszędzie widzieć układy i knowania wszystkich przeciwko wszystkim. Nie mam też alergii na USA czy jej armię. Dlatego informacja o… W sumie jawnym cenzurowaniu filmów, które chcą pokazać sporo amerykańskiego sprzętu wojskowego zdziwiła mnie. Jaki to prosty mechanizm. Pal licho kasę, tego można się było domyślać, ale że jest facet w amerykańskiej armii od czytania scenariuszy?!

To jest też informacja z rodzaju tych, które nie są straszliwie odkrywcze, można by podać zapewne wiele podobnych praktyk (stosowanych przez korporacje czy rządy państw) aktywnej cenzury, ale… Ta informacja szczególnie działa na wyobraźnię. Inne przykłady nie byłyby tak obrazowe. Może to magia amerykańskiego kina?

Antyamerykanizm

Wykopałem właśnie z chaosu zakładek w FF stary (oj stary – 08.2006) wpis z blogu Bartosza Węglarczyka, korespondenta Gazety Wyborczej w USA, pisał on wtedy m.in. tak:
Antyamerykanizm jest chorobą trawiącą dziś sporą część ludzi mądrych w swoich dziedzinach, choć niekoniecznie w sprawach polityki międzynarodowej. Pisarze, dziennikarze, działacze społeczni – prześcigają się w obrażaniu Ameryki i napiętnowaniu jej czasem za słuszne, ale przeważnie za wymyślone grzechy.

Po pierwsze trzeba zauważyć jeden fakt: humaniście ciężko jest się wypowiadać na tematy ścisłe (bo szybko zarzucono by mu niekompetencję), ale fizykowi o literaturze np. bardzo łatwo. Ta asymetria jest niezauważana a bardzo szkodzi merytoryczności dyskursu/dyskusji. To jeszcze nie koniec. Moim zdaniem upoważnione jest również twierdzenie, że humanista z jednej dziedziny nie powinien wypowiadać się autorytatywnie o drugiej dziedzinie – nieznanej mu zupełnie, lub znanej tylko ze słyszenia. A ten błąd powtarza się niestety nagminnie. Co z tego że Saramago jest dobrym a może nawet znakomitym pisarzem, ale na polityce międzynarodowej znać się nie musi. I najczęściej też jest tak, że osoby, które wykraczają w swoich komentarzach poza swoją dziedzinę popadają w skrajności. Szacunek w jednej dziedzinie nie może oznaczać bezkrytycznego podejścia do opinii danej osoby w innej, nieznanej jej dziedzinie. Przykro mi – trudno jest teraz być autorytetem.

Drugi fakt: od racjonalnych faktów ważniejsza jest dziś moda, „fajność”, wizerunek, reputacja (jak widać w akapicie wyżej, niekoniecznie w swej dziedzinie), marka. Aby więc zdobyć poparcie, rozgłos dla danej sprawy potrzebna jest odpowiednia osoba. Jednakże taką opinie musi wydać nie byle kto. Najczęściej artystyczna, intelektualna, kulturalna, medialna… bohema. Co obecnie równe jest niemalże od razu lewackości, antyamerykanizmowi i pacyfizmowi. Bo to wszystko jest piękne i szlachetne niby, a Ameryka diabłem wcielonym.

Skąd się takie antyamerykańskie postawy biorą? W tej chwili potrafię to sobie wytłumaczyć tylko zasadą bij mistrza. Ja też nie lubię hegemonów, np. w piłce nożnej obrzydliwie bogatej Chelsea Londyn czy wyniosłego Realu Madryt. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona, a to nie jest doskonałe wyjaśnienie. Trzeba szukać dalej.


  • Ostatnie komentarze

    • radek: Oczywiście :) Thx
    • olaf: Ostatni dzień sierpnia oczywiście :)
    • radek: @Mirek Bartołd – Nie lubię naciągania i „podkręcania” tematu. W mojej opinii było to tylko...
    • mirek.bartold: Radku, mam wrażenie, że zrobiłeś ten wpis z lekkim wyrzutem sumienia, na zasadzie: „muszę...
    • Arek: Spotkałem się kiedyś z bardzo podobną praktyką innej taniej linii lotniczej :)